wtorek, 21 listopada 2017

Kitsune, nadprzyrodzony lisek

Yōkai to pojęcie bardzo ogólne i przez to przytulne. Jest tu wszystko. W tym ciepłym kącie ogrzeją się wszystkie zmarznięte stwory, jakie tylko może zrodzić ludzka wyobraźnia. Te naprawdę dziwne, porzucone bez jasnych wskazówek, gdzie jest ich miejsce w szeregu bytów, w japońskim worku z rozmaitymi niesamowitościami przestaną czuć się samotne. Dawni Japończycy uznawali istnienie ożywionych stuletnich rodowych parasolek na równi z wielkimi bóstwami, którym składano ofiary w świątyniach. Być może to właśnie dzięki tej wielkiej wyrozumiałości dla tworów wyobraźni, dwudziestowieczna Japonia rozwijała się technologicznie z taką samurajską fantazją. Od nadprzyrodzonego liska do futurystycznej wizji Tokio wiedzie dość wygodna i szeroka droga, którą przez ostatnie dwa lata pilnie badałam. Ale ja nie o tym. Dziś będzie o samym lisku.

Bezdyskusyjnie i bez dodatkowych przygotowań da się przeprowadzić jedno podstawowe rozróżnienie wśród różnorodnych yōkai: na te powszechnie znane i te mało popularne. Kitsune należy do pierwszej kategorii. Jest nie tylko znany na świecie, głównie poprzez swoją obecność w mangach i anime, ale również cieszy się do dziś powszechnym szacunkiem w samej Japonii. Być może wiara w istnienie lisich demonów osłabła, ale ich obecność w kulturze jest nadal bardzo silna - od posągów w starych świątyniach po nazewnictwo potraw czy zjawisk pogody.


Yoshitoshi, Yaegaki z hełmem Takedy Shingena (przemierza zamarznięte jezioro dzięki pomocy białego lisa i lisich ogni)



Charakter przypisywany kitsune nie różni się za bardzo od tego znanego z folkloru europejskiego - lis to uroczy oszust. Może być bardzo groźny, ale bywa raczej złośliwy niż zły. Inaczej jednak niż w kręgu kultury europejskiej, punktem odniesienia nie jest tu wyobrażenie o potężnym, absolutnym złu wobec którego lisie zło wypada dość blado. Zanim do Europy dotarło chrześcijaństwo ze swoją bliskowschodnią mieszanką monoteizmu i etycznego dualizmu, po pogańskich lasach i wzgórzach hasała wesoła horda różnorodnych bóstw. I chociaż tu również zdarzały się czarne charaktery, tak wyraźne rozgraniczenie na dobro i zło, jak w chrześcijaństwie, nie miało mocnego uzasadnienia. Subtelne refleksje metafizyczne i etyczne wymieszały się w chrześcijańskiej Europie z wierzeniami ludowymi, które mają swoją własną dynamikę. Dzięki temu dualizm dobra i zła znalazł analogię i rozwinięcie w innych porządkujących podziałach, ale pozostało nieco przestrzeni dla stworów o ambiwalentnym charakterze. Zazwyczaj były to, prawdopodobnie zdegradowane do roli demonów, bóstwa pogańskie oraz wszelkiej maści diabły, które nie są bynajmniej tożsame z biblijnym Szatanem. Kitsune nie spadł nigdy do funkcji pomniejszych, zdegradowanych demonicznych bytów i do dziś otaczany jest  czcią jako posłaniec bóstwa Inari. Z czasem przypisywano mu nawet coraz większą moc. Jego ambiwalentna natura to po prostu wynik przypisywanych magicznych zdolności.

(resztę przeczytasz w 5 minut)


sobota, 11 listopada 2017

Sydney Long - australijskie malarstwo secesyjne

Mogę się założyć, że kiedy myślicie o secesji, to raczej nie przychodzi Wam do głowy Australia. Pomyślcie jednak o autralijskim krajobrazie, o naturalnych formach i widokach, które oferuje i o niezwykłej palecie barw. Uluru, samotny monolit, święta góra Aborygenów zmieniająca w fascynujący sposób odcienie skał w promieniach gasnącego słońca. Kaniony, baobaby, eukaliptusy, australijska sawanna i pustynie. Napływ nowych nurtów przełomu XIX i XX wieku, w tym symbolizmu i estetyki art nouveau, poprzedził moment narodzin słynnej Szkoły z Heidelbergu, czyli tzw. australijskiego impresjonizmu i zachwyt rodzimym krajobrazem. Na obrazach artystów z tego kręgu (Waltera Withersa, Arthur Streetona, Toma Robertsa, Charlesa Condera, Fredericka McCubbina, Jane Sutherland) znajdziecie energiczne pociągnięcia pędzlem, migotliwą paletę barw, farbę nakładaną na płótno hojnie i bez wstydu. Dzieła australijskich impresjonistów pozostają jednak pod silnym wpływem europejskiego realizmu i naturalizmu. Malarze z tej grupy jako pierwsi w krótkiej historii australijskiej sztuki (kolonistów, nie rdzennych mieszkańców) przedstawiali bez upiększeń, za to z czułością, surowy krajobraz. 


Spirit of the Plains1897)

Twórczość Sydneya Longa, nawet ta jawnie symboliczna, otwiera przed widzem to samo tajemnicze, egzotyczne i niedostępne piękno Australii. Trudno mi sobie wyobrazić taki hipnotyzujący efekt, jaki widzimy na obrazie, bez charakterystycznych, powykręcanych sylwetek drzew. Sydney Long poświęcił wiele spośród swoich prac studiom krajobrazu. Był niezrównanym akwarelistą, który za pomocą kilku plam potrafił przywołać poetycką wizję wschodu księżyca czy onirycznego tańca wśród drzew o cienkich, powyginanych pniach.

(resztę wpisu przeczytasz w trzy minuty)